drukuj

Cud na górze Jawor

Cud na górze Jawor

W Solinie na górze Jawor "zjednoczony" naród daje "odpór terrorystom"...

Cud na górze Jawor

Na drewnianym tarasie baru "Fregata" na górze Jawor. Jak żeglarski majtek w bocianim gnieździe na wachcie, wypatrujący upragnionego, nieznanego, tajemniczego lądu. W gorące czerwcowe popołudnie.

Mocne, roztańczone promienie słońca mają ochotę na krótki relaks w kroplach ciepłego deszczu, ale rozpoczynające się właśnie lato czuwa nad tym, aby turyści w Solinie mogli do woli wygrzewać swe doczesne członki i po chwili łagodny podmuch, przywołanego "do porządku" od Tarnicy wiatru, przesuwa nieliczne chmury w głąb zalewu.

Statek żeglugi śródlądowej „TransSoliniak", pełen wycieczkowiczów, odbija od przystani. Brodaty sternik obwieszcza ten radosny moment pasażerom włączając pokładową syrenę. Rozlega się głębokie nostalgiczne buczenie, ogromny transatlantyk "Stefan Batory", duma i sława polskiej floty, wyrusza w rejs z Gdyni za ocean...

Reprezentacyjna orkiestra marynarki wojennej wykonuje mazurka Dąbrowskiego, załoga i pasażerowie, dumnie wyprężeni, uroczyście ślubują "...póki my żyjemy...", białe gołębie zrywają się do lotu i „niosą światu pokój między narodami"... Krakowiacy i górale machaja rogatywkami i ciupagami, wykąpane "panienki" z Trójmiasta mają łzy w oczach, zespół ludowy koła gospodyń wiejskich z Polańczyka tańczy "Ostatnią polkę w Solinie"...

Brodaty sternik uwielbia bawić się pokładową syreną; niech do każdego szczura lądowego dotrze wiadomość, że dowodzony przez niego "TransSoliniak" odpływa w godzinny rejs dookoła świata bieszczadzkiego morza...

Na zaporze z dostojnym wdziękiem przechadzają się grupki spacerowiczów. Robotnicy – malarze, brawurowo wychyleni w ponad stumetrową przepaść, bez zbędnych zabezpieczeń, jak urzeczeni "zielonymi wzgórzami nad Soliną", z pełnym zaangażowaniem malują balustradę i śpiewają pieśń swej organizacji związkowej:

                                               Nie oprze nam się żadna rdza,

                                               my mamy farbę na 102...

                                              Więc bierzmy pędzle w ręce swe,

                                              gdy do roboty serce się rwie...

                                              Więc bierzmy pędzle w ręce swe,

                                              gdy do roboty serce się rwie...

Jeden z nich, ten najbardziej odważny i urodziwy jak ułan malowany, Bieszczadkiem zwany bo rodem z Ziemi Bieszczadzkiej, doświadcza stanu nieważkości. Czuje się lekki jak piórko, co podskoczy, to zawisa w powietrzu, co machnie pędzlem, to wzlatuje do góry...Przez moment stoi jak oniemiały z wrażenia, że to właśnie on, Bieszczadkiem zwany bo rodem z Ziemi Bieszczadzkiej, został wybrany przez Pana i naznaczony tym szczególnym darem swobodnego unoszenia się w powietrzu, ale już po krótkiej jak pacierz chwili utożsamia się bezgranicznie ze swym niezwykłym powołaniem i jest zdecydowany, aby natychmiast podjąć stojące przed nim nieznane mu jeszcze, ale na pewno ważne dla wiary i narodu, wiekopomne wyzwania. Jeśli to prawda, że może latać, jeśli taka jest wola Pana by on Bieszczadek wypełnił do końca swą nową predestynację, to podda się temu przeznaczeniu bez obawy, z radością zostanie pierwszym człowiekiem na świecie i pierwszym Słowianinem , który wzniósł się w przestworza o własnych skrzydeł siłach; a jeśli nie, jeśli okaże się, że pomylił się w ocenie zamiarów Pana wobec jego skromnej osoby robotnika - malarza, to zginie jak narodowy bohater, a koledzy związkowcy ułożą o nim nieśmiertelną balladę...

Zgrabnym ruchem wypuszcza pędzel z ręki i nurkuje za nim w dół. Słyszę jego radosny okrzyk: - Iii-hi-ha! Iii-hi-ha! Iii-hi-ha!, widzę wierzgające zabawnie w powietrzu nogi... Ludzie rzucają się do balustrady, żeby go podziwiać, ale jest już za późno albo za wcześnie, stoją jak wmurowani, ręce wplecione w poręcz, spoglądają z nadzieją w bezdenną, betonową studnię; jeszcze nie doleciał, a nawet go nie ma, zniknął, rozpłynął się w powietrzu, jak duch...

Na drodze prowadzącej do pola namiotowego, przylegającego do baru "Fregata", pojawiają się chłopak z dziewczyną. Z garbami plecaków wystających ponad ich głowy. Wyglądają na studentów. Idą wzdłuż seledynowego szpaleru drzew rosnących po obu stronach drogi, statek żeglugi śródlądowej pruje wodę pełną mocą silnika, wycieczkowicze pstrykają pierwsze pamiątkowe zdjęcia "zielonych wzgórz nad Soliną", na zaporze robotnicy – malarze, wpatrzeni lunatycznie w miejsce, gdzie jeszcze niedawno był ich towarzysz i kolega Bieszczadkiem zwany bo rodem z Ziemi Bieszczadzkiej, zawodzą żałośnie:

                                       Gdzie, powiedz gdzie, jesteś druhu,

                                       Daj jakiś znak, jeden znak!

                                       Nie chcemy trwać tak w bezruchu,

                                       Lecz dooo pędzla się brać...

                                       Lecz dooo pędzla się brać...

Na taras baru "Fregata" wchodzą tanecznym krokiem trzy opalone kobiety Matki – Polki w średnim wieku, każda ubrana w dżinsowe ogrodniczki i przepasana białoczerwoną szarfą z napisem:

                                     NARKOTYKOM – nasze N I E !
                                         A nawet ZA i PRZECIW !

Siadają przy sąsiednim stoliku, zamawiają po schabowym, pięćdziesiątce "Szambelana"i wodzie mineralnej "Zaporówka", wyciągają pudełka pachnących orzeźwiającą mietą"Zefirów"...

Statek żeglugi śródlądowej z turystami na pokładzie jest już na wysokości Polańczyka, za chwilę zostawi Wyspę Zajęczą za burtą... Ogromny transatlantyk "Batory", duma i sława polskiej floty, staje się coraz mniejszy, aż w końcu roztapia się na horyzoncie. Reprezentacyjna orkiestra marynarki wojennej pakuje instrumenty, krakowiacy i górale wsiadają do autokaru marki "Autosan", wykąpane "panienki" z Trójmiasta wracają do zawodu.

Malarz – superman, Bieszczadkiem zwany, bo rodem z Ziemi Bieszczadzkiej, szybuje w przestworzach z pędzlem w zębach, który przechwycił był w locie. Węgorze, jak zaczarowane, wodzą za nim pełnymi podziwu oczyma. - Jaki piękny! – zachwyca się jeden z nich. – Może wpadnie do wody? – zastanawia się drugi – byłby wtedy nasz!

Chłopak z dziewczyną wybierają miejsce na rozbicie namiotu, trzy opalone kobiety Matki –Polki w średnim wieku, po skonsumowaniu schabowych i opróżnieniu kieliszków z "Szambelanem", rozmawiają o swych odwżnych i zdecydowanych na wszystko "następcach tronu", którzy "już nie biorą, już wychodzą na prostą..." Na zaporze pokazują się nowi spacerowicze, radio Biwak nadaje w eter "Zółtą łódź podwodną" Beatlesów, na wodzie na razie nie widać żadnego peryskopu, może kapitan Nemo przypłynie później. Słońce, wykorzystując dziurę ozonową nad Soliną, dobiera się do bladych twarzy turystów, robotnicy-malarze wciąż liczą na powrót ich heroicznego bohatera a póki co, ogłaszają okupację zapory i rozpoczynają strajk głodowy.

Od strony rządowego kompleksu uzdrowiskowego, zza zbocza porośniętego sosnowym lasem, wyskakuje helikopter. Wygląda jak wielki, drapieżny ptak. Leci nisko nad wodą, zbliża się do zapory, przelatuje nad nią z ogłuszającym łoskotem silników. Turyści odruchowo zadzierają głowy do góry; serie błysków z lamp, podwieszonych pod skrzydłami i kadłubem, budzą z drzemki "gromowców" stacjonujących na zaporze, którzy w ramach ćwiczeń antyterrorystycznych, dopiero co zakończyli efektownym zwycięstwem grę w podchody z reprezentacją domu wczasowego "Energetyk" w Myczkowcach. Rozgrzani jeszcze niekwestionowanym sukcesem nad "kabelkmi" - jak zaszyfrowali energetyków na mapach sztabowych – szybko ustawiają się w bojowym szyku obronnym, namierzają niezidentyfikowany przez służby specjalne obiekt latający, napinają do granic wytrzymałości swe bezodrzutowe gromorzuty, pada komenda: - Pal! i zatrute gromki sypią się na warczącego w powietrzu i oślepiającego dziesiątkami fleszy nieznanego wroga.

- Czuj duch! Czuj duch! – krzyczą jeden do drugiego,używając do komunikowania się między sobą swych najnowszych trąbkofonów i równocześnie sięgają do kołczanów po następne gromki, aby "dać należyty odpór bezwzględnemu przeciwnikowi".

- Czuj duch! Terroryści robią zdjęcia obiektu, którego nie wolno fotografować! Czuj duch! – ostrzegają niefrasobliwych turystów, którzy nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji, chętnie pozują do zdjęć pasażerom helikoptera, młodym mężczyznom o smagłych twarzach i w białych na głowach turbanach.

- Czuj duch! Na pewno chcą przechwycić naszą unikalną, polską technologię malowania powierzchni metalowych farbą olejną! Czuj duch! To nie może im się udać, o nie, za żadną, nawet najlepszą farbę olejną z zagranicy, o nie! – „gromowcy", z bezgranicznym poświęceniem w oczach, odważnie jak pilarze o północy po zabawie w miejscowej remizie, zapewniają robotników –malarzy, którzy w pośpiechu, zgodnie z procedurą o sytuacjach nadzwyczajnych, chowają farbę i pędzle do pancernych skrzyń z napisem "Sciśle Tajne".

Helikopter zatacza łuk nad przepaścią, ustawia się prostopadle do linii betonowej ściany powstrzymującej napór milionów metrów sześciennych wody... Pasażerowie helikoptera, młodzi mężczyźni o smagłych twarzach i w białych na głowach turbanach, na wyścigi robią zdjęcia, chcąc utrwalić ten niepowtarzalny i zatykający im dech w piersiach widok chmary zatrutych gromków, lecących na tle bieszczadzkich, zielonych wzgórz; wyłaniający się od strony Soliny oddział gotowej do ataku "gromowej" husarii, na supernowoczesnych rowerach górskich marki "Huragan", także godny jest kilku fotek...

Chłopak z dziewczyną, nieświadomi grożącego zaporze i całemu krajowi niebezpieczeństwa, ze strony pasażerów helikoptera, młodych mężczyzn o smagłych twarzach i w białych na głowach turbanach, ustawiają namiot na polu biwakowym, trzy opalone kobiety, Matki – Polki w średnim wieku, są przy drugiej kolejce "Szambelana" i uzgadniają wspólne stanowisko dla prasy, w którym napiszą, że 100% próbuje, 70% pali „skręty", 20% to "nałogi", a 10% to cudownie przywróceni społeczeństwu, rodzinie i bogu, amen.

Na szczęście odważny jak Walter, "który się kulom nie kłaniał", bohaterski malarz Bieszczadkiem zwany, bo rodem z Ziemi Bieszczadzkiej, współczesny Janosik, Ikar i Superman w jednej osobie, wybrany przez Pana by ziścić odwieczne przekonanie jego rodaków o ich wyjątkowym posłannictwie na ziemi i na niebie, swym wyostrzonym siódmym zmysłem robotnika-malarza, wychwytuje natychmiast najwyższy stopień zagrożenia, wiszący nad zaporą i polską, narodową techniką pędzlowania farbą olejną powierzchni metalowych, ze strony niezidentyfikowanych przez służby specjalne terrorystów z helikoptera, młodych mężczyzn o smagłych twarzach i w białych na głowach turbanach; momentalnie zmienia kurs o 180 stopni i – "co skrzydło podfrunie" – leci z pomocą ofiarnie broniącym zapory i tajemnicy państwowej, osamotnionym w walce "gromowcom". Jego roboczy, cajgowy drelich malarza momentalnie przemienia się w stalową, kutą w hucie "Katowice" – srebrzystą zbroję...

Trzy opalone kobiety Matki – Polki w średnim wieku, po napisaniu "na czysto" komunikatu do prasy, rozmawiają o "kasiarce" i swoich straganach z pamiątkami i frytkami na kampingu obok przystani, chłopak z dziewczyną znikają w namiocie, statek żeglugi śródlądowej, z brodatym sternikiem i wycieczkowiczami na pokładzie, wyłania się zza półwyspu zajmowanego przez rządowy kompleks uzdrowiskowy, ogromny transatlantyk "Batory", duma i sława polskiej floty, pojawia się na horyzoncie... Na gdyńskim nabrzeżu odświętnie ubrane rodziny z niezachwianą nadzieją czekają na świeżą dostawę "zielonych", reprezentacyjna orkiestra marynarki wojennej stroi instrumenty, wykąpane, w "służbowych" miniówach "panienki" z Trójmiasta też się niecierpliwią, krakowiacy i górale przestępują z nogi na ciupagę, "TransSoliniak" rośnie w oczach...

Pasażerowie helikoptera, młodzi mężczyźni o smagłych twarzach i w białych na głowach turbanach, wciąż z zapałem strzelają kolorowe fotki, zatrute gromki na razie nie użądliły żadnego z nich, zakuty w srebrzystą zbroję bohaterski malarz Bieszczadkiem zwany, bo rodem z Ziemi Bieszczadzkiej, nabiera prędkości i ochoty do walki w obronie ojczyzny w potrzebie, "gromowa" husaria dopompowuje supernowoczesne rowery górskie marki "Huragan", flesze lamp błyskowych uderzają w betonową ścianę z prędkością światła, zatrute gromki chybiwszy celu (ku rozpaczy "gromowców" i ubawie turystów ) wpadają do wody, gdzie wybuchają z zadziwiająco ogromną siłą, wywołując coraz większe fale na zalewie (ku zdumieniu "gromowców" i ubawie turystów).

Zapora powoli zamienia się w gigantyczną "Redutę Grom-Mona", helikopter przesuwa się na drugą stronę betonowej ściany; tu pasażerowie helikoptera, młodzi mężczyźni o smagłych twarzach i w białych na głowach turbanach, nie pstrykali jeszcze żadnych "klatek", zakuty w srebrzystą zbroję bohaterski malarz Bieszczadkiem zwany, bo rodem z Ziemi Bieszczadzkiej, jest coraz bliżej, za chwilę dopadnie zuchwalców i będzie "po robocie", ale pasażerom z helikoptera, młodym mężczyznom o smagłych twarzach i w białych na głowach turbanach, właśnie znudziło się to przydługie pstrykanie fotek, teraz chętnie „pstryknęli" by jakieś tubylki dla odmiany, więc polecają pilotowi polecieć do rządowego kompleksu uzdrowiskowego na lunch (ku rozpaczy turystów i uciesze "gromowców").

"Gromowcy" łapią oddech i liczą w kołczanach nie wykorzystane zatrute gromki, "gromowa" husaria ćwiczy szarżę z pompkami w dłoniach na supernowoczesnych rowerach górskich marki "Huragan", głęboko rozczarowani turyści żałują, że już nie pozują do zdjęć pasażerom helikoptera, młodym mężczyznom o smagłych twarzach i w białych na głowach turbanach, więc znowu spacerują z dostojnym wdziękiem, podziwiając "zielone wzgórza nad Soliną" i wzbierającą wodę w zalewie...

Na błękitnym niebie bez jednej chmurki rozlega się przeciągły, ponaddźwiękowy grzmot z towarzyszącym mu metalicznym błyskiem i oto nasz polski, pierwszy słowiański Superman, Bieszczadkiem zwany, bo rodem z Ziemi Bieszczadzkiej, wybrany przez Pana by słowo stało się, ląduje w srebrzystej, kutej w hucie "Katowice" zbroi, przed zaskoczonymi kolegami – malarzami.

- Tyś to druchu, Tyś to! – "nie posiadają się z radości na widok" swego towarzysza pracy malarskiej, przeistoczonego w narodowego herosa z pędzlem w zębach, symbolem ich organizacji związkowej. Zawieszają strajk głodowo-okupacyjny na czas uroczystego powitania Bieszczadka i - dla uczczenia jego powrotu do brygady - podejmują uchwałę o wymalowaniu w czynie społecznym na zielono wszystkich uschniętych drzewek przy drodze z zapory do siedziby ich organizacji związkowej w Solinie.

Zwycięski malarz, Bieszczadkiem zwany, bo rodem z Ziemi Bieszczadzkiej, zawiedziony (podobnie jak turyści), że terroryści z helikoptera, młodzi mężczyźni o smagłych twarzach i w białych na głowach turbanach, "pierzchnęli gdzie mak rośnie" na sam jego widok, jak przekonują go koledzy związkowcy, zabiera się do zdejmowania srebrzystej, kutej w hucie "Katowice" zbroi, ale nie dane będzie mu włożyć lekki i przewiewny drelich malarza, jeszcze nie tym razem (ku radości turystów i jego samego, tu i teraz, zawsze w najwyższej gotowości bojowej...).

Wybuchy dziesiątków zatrutych gromków z zadziwiająco ogromną siłą w zalewie (ku zdumieniu "gromowców" i radosze turystów) wywołały gigantyczną falę, która w tej chwili naciera na zaporę i przelewa się przez nią, a właściwie przez miejsce, w którym zapora stała jeszcze przed chwilą. Na grzbiecie potężnej fali pędzącej z zawrotną prędkością w kierunku Ustrzyk Dolnych i Sanoka przez moment widzę statek żeglugi śródlądowej; brodaty sternik i turyści na pokładzie machają do nas przyjaźnie biało-czerwonymi chorągiewkami, cieszą się z niespodziewanej okazji do przedłużenia wycieczki krajoznawczej; za statkiem płyną dziesiątki kajaków, żaglówek i jachtów, pełne żeglarzy i turystów; co za wspaniała i niepowtarzalna szansa do odbycia nareszcie długiego rejsu, pełnego barwnych przygód, na jednym z jachtów widzę ogromny transparent

                                                    POLSKA OD MORZA DO MORZA

a załoga śpiewa:

                                                     Jesteśmy potęgą

                                                     od morza do morza,

                                                     jest nad nami zorza

                                                    i dziewica hoża,

                                                   jest nad nami zorza

                                                  i dziewica hoża...

Trzy opalone kobiety Matki – Polki w średnim wieku, na drewnianym tarasie baru "Fregata", ze wzrastającym zainteresowaniem obserwują radosny spływ braci żeglarskiej z Soliny i szczerze żałują, że nie mogą być razem z nimi; co to za ekscytująca wyprawa "TransSoliniakiem" do Rzeszowa, a gdy poziom wody na to pozwoli, może nawet do Warszawy i Gdyni, a stamtąd "Batorym" nad Morze Czarne, „jesteśmy potęgą od morza do morza" – nucą radośnie, jaka szkoda, że "Batory" pocięty na żyletki - wzdychają i próbują nauczyć sięj nowej, patriotycznej pieśni:

                                                Jesteśmy potęgą

                                                od morza do morza,

                                                jest nad nami zorza

                                               i dziewica hoża,

                                              jest nad nami zorza

                                             i dziewica hoża...

śpiewają i klaszczą w dłonie, a razem z nimi wszyscy na tarasie. Chłopak z dziewczyną, spleceni w mocnym uścisku, wychodzą z namiotu i przyłączają się do nich...

W chwilę później już nikt nie śpiewa. Trzy opalone kobiety Matki – Polki w średnim wieku, a z nimi pozostali klienci na drewnianym tarasie baru "Fregata" na górze Jawor, z coraz większym niedowierzaniem w oczach patrzą na ogromną nieckę, która jeszcze przed chwilą była wypełniona bezcennym bieszczadzkim morzem, a taraz jest pełna błota, kamieni, sterczących kikutów ściętych kiedyś drzew i bezradnie rzucających się węgorzy w poszukiwaniu wody, na horyzoncie widzą szybko oddalającą się zaporę z biegającymi po niej malarzami, turystami i "gromowcami", stojącymi na baczność w szeregu w oczekiwaniu na rozkazy...

- Kto będzie kupował nasze frytki i zapiekanki, gdy zapory i bieszczadzkiego morza zabraknie?! – krzyczy dramatycznie jedna z trzech opalonych kobiet Matek – Polek w średnim wieku. – "Kto?! No, powiedz kto?!" – wtórują jej dwie pozostałe.

I kiedy wszystkim wydaje się, że zapora w Solinie przestała istnieć raz na zawsze, że odpłynie, może nawet za granicę (ku rozpaczy już nie tylko dzielnych "gromowców", ale całego „zdrowego odłamu polskiego społeczeństwa"), w powietrzu rozlega się donośny grzmot, podobny do dźwięku wydawanego przez samoloty odrzutowe, horyzont przeszywa olśniewający błysk i na błękitnym niebie bez jednej chmurki ukazuje się, gotowy do największych poświęceń, bohaterski malarz Bieszczadkiem zwany, bo rodem z Ziemi Bieszczadzkiej, w srebrzystej, kutej w hucie "Katowice" zbroi.

Najpierw, używając swej nadludzkiej, supermanowej siły, jednym dmuchem ściąga wodę z powrotem do koryta Sanu i zalewu, a z wodą kajaki, żaglówki i jachty, a nawet statek żeglugi śródlądowej z brodatym sternikiem i pasażerami na pokładzie, którym znudziła się już przydługa podróż krajoznawcza i teraz są "wniebowzięci", że zawijają do solińskiego portu. Na końcu ustawia zaporę na jej dotychczasowym miejscu i znowu każdy może podziwiać uzbrojonych w bezodrzutowe gromorzuty "gromowców" i "gromową" husarię na supernowoczesnych rowerach górskich marki "Huragan". Od turystów i kolegów malarzy dostaje spontaniczne, gromkie brawa, a trzy opalone kobiety Matki – Polki w średnim wieku bez wahania oświadczają, że jeżeli bohaterski i przystojny, jak sienkiewiczowski Kmicic malarz Bieszczadkiem zwany, bo rodem z Ziemi Bieszczadzkiej, jest kawalerem, to uczynią wszystko, aby wynagrodzić mu jego spontaniczne poświęcenie, i chociaż jest tylko zwykłym robotnikiem, po zawodówce, bez matury, to nawet oddadzą mu za żonę jedną ze swych urodziwych córek, które "...już nie biorą, już wychodzą na prostą..."

Chór rodaków na tarasie ponownie nabrał ochoty do śpiewania i rośnie w siłę. Od zapory, która jeszcz raz świeci przykładem dobrej, polskiej roboty malarskiej, nadciągają setki następnych amatorów śpiewu. Ta pieśń wciąga i przyciąga coraz to nowe rzesze jej gorących zwolenników. Ze statku żeglugi śródlądowej, który właśnie przybił do przystani, wysypuję się turyści i także podążają w stronę tarasu, pasażerowie "Batorego" nie mogą być gorsi i bezwzględnie dołączają do narodowej pielgrzymki, krakowiacy i górale ruszają za nimi, wykąpane "panienki" z Trójmiasta odstawiają dolarowych klientów na bok i biegną w szpilkach dać buzi Bieszczadkowi, a nawet więcej, reprezentacyjna orkiestra marynarki wojennej zbliża się do góry Jawor nie przestając grać nowej, patriotycznej pieśni, "gromowcy" opuszczają niezdobytą przez wroga „Redutę Grom-Mona" i strzelając w powietrze na wiwat ślepymi gromkami, defilują w tym samym kierunku, "gromowa" husaria na supernowoczesnych rowerach górskich marki "Huragan" z pompkami w dłoniach pędzi "co pedał wyskoczy", zespół ludowy koła gospodyń wiejskich z Polańczyka zaprasza Bieszczadka do "Ostatniej polki w Solinie", robotnicy - malarze zamykają pędzle w pancernych skrzyniach z napisem "Sciśle Tajne" i w związkowym ordynku ze śpiewem na ustach maszerują na górę Jawor.

Tłum, który jak wezbrane, wiosenne wody Sanu płynie szeroką ławą od zapory, niesie na rękach zwycięskiego Janosika zwanego Bieszczadkiem, bo rodem z Ziemi Bieszczadzkiej. To już nie tylko Superman, to także polski Herkules i Guliwer w jednej osobie, który jednym skokiem wzniósł się ponad chmury, wypędził terrorystów, młodych mężczyzn o smagłych twarzach i w białych na głowach turbanch, zatrzymał zalewający ojczyznę potop z bieszczadzkiego morza, wyłapał wszystkie kajaki, żaglówki i jachty, a nawet statek żeglugi śródlądowej z brodatym sternikiem i pasażerami na pokładzie, zawrócił wodę i osadził zaporę na jej dawnym miejscu, zastopował katastrofalny bieg historii Polski, a chyba i świata, bo gdyby wezbrana fala z solińskigo zalewu ruszyła poza granice naszego kraju...

Nieustraszony malarz – związkowiec, Bieszczadkiem zwany, bo rodem z Ziemi Bieszczadzkiej, zachowuje się skromnie, jak przystało na prawdziwego bohatera, ma łzy w oczach i nie może słowa wykrztusić ze szczęścia, że pomógł ukochanej ojczyźnie w potrzebie. Nie dla siebie tego dokonał, nie dla prywaty skoczył, ale dla całego narodu, a nawet dla ludzkości całej. Skromnie podkręca wąsa i tylko te słowa wyrywają się z jego zaciśniętych ze wzruszenia ust:

- Nic to, drodzy rodacy, nic to...

Nadlatują srebrzysto-błękitne „Sokoły" i zrzucają lody "Bambino" na małych spadochronkach. Kierownik baru, ubrany w swój najlepszy niedzielny garnitur, białą koszulę, krawatkę w biało-czerwone prążki i wyjściowe buty z „Chełmka", ze złotą odznaką "Zasłużony dla RP kierownik baru" w klapie, wskakuje na stół i dyryguje narastajacym tłumem. Uśmiechnięci, z lodami "Bambino" w dłoniach, jakby wewnętrznie uduchowieni turyści w trampkach, trzy opalone kobiety Matki – Polki w średnim wieku w dżinsowych ogrodniczkach przepasane biało-czerwonymi szarfami z napisem:

                                                      NARKOTYKOM – nasze NIE!

                                                         A nawet ZA i PRZECIW

ludność miejscowa w strojach ludowych, wykąpane "panienki z Trójmiasta w służbowych miniówach, z płomienną nadzieją w oczach, że dadzą buzi Bieszczadkowi, a nawet więcej, "gromowcy" z bezodrzutowymi gromorzutami w pogotowiu w razie czego, "gromowa" husaria na swych supernowoczesnych rowerach górskich marki "Huragan", z pompkami w dłoniach na wszelki wypadek, zespół ludowy koła gospodyń wiejskich z Polańczyka czekający na pierwsze takty "Ostatniej polki w Solinie", ludzie wszystkich stanów i jedynej, słusznej wiary, biorą się za ręce i śpiewają jednym głosem:

                                                            Jesteśmy potęgą

                                                            od morza do morza,

                                                           Jest nad nami zorza

                                                           i dziewica hoża,

                                                          jest nad nami zorza

                                                         i dziewica hoża...

                                                        Złe czasy odeszły,

                                                        nastał dzionek rześki,

                                                       Mamy już Bieszczadka,

                                                      a on jest tak krzepki !

                                                     Mamy już Bieszczadka,

                                                     a on jest tak krzepki!

Przy słowach "a on jest tak krzepki!" wszyscy wznoszą ręce do góry w jednoznacznym tryumfalnym znaku V, znaku zwycięstwa dobra nad złem. Pieśń niesie się po zalewie, przekracza wszelkie granice, dociera do każdego zakątka kraju, do każdej zagrody, do każdego M-1 i M-3, do każdego dworu, do każdego pałacu, do każdej prawdziwie polskiej, narodowej duszy dociera...

Brodaty sternik, który został na statku żeglugi śródlądowej, włącza pokładową syrenę. Rozlega się głębokie, nostalgiczne buczenie, za chwilę "TransSoliniak" wyruszy w następny rejs dookoła świata bieszczadzkiego morza...

Młodzi mężczyźni o smagłych twarzach i w białych na głowach turbanach siedzą przy kolacji w rządowym ośrodku uzdrowiskowym, położonym na zboczu góry Jawor i z ożywieniem wspominają entuzjastyczne powitanie, jakie zgotowała im miejscowa ludność. Na zawsze zachowają w pamięci niezwykły pokaz ogni sztucznych, połączony z występami zespołów ludowych na zaporze w Solinie, które obserwowali podczas przelotu helikopterem. Cieszą się, że zrobili całą serię zdjęć, bo w przeciwnym wypadku nikt by im nie uwierzył, gdy wróca z wakacji i zaczną opowiadać...

                                                                                                                                JW022647

Zdjęcia

  • Cud na górze Jawor
JW022647
Autor:JW022647

Zaloguj się lub utwórz konto, by oceniać

Komentarze
kolumb
kolumb śr., 2010-09-01 16:37

Czy ta akwarela nad artykułem to

też Pana autorstwa? Bardzo ładna...
Czy do ZPAP-u też Pan należy?

JW022647
JW022647 śr., 2010-09-01 17:51

Niestety, nie moja

@kolumb:

Akwarelę namalowała dziewczyna, z którą straciłem kontakt i nawet nie wiem jak się nazywa. Przysłała mi tę akwarelę e-mailem po przeczytaniu tekstu, który dostała jeszcze od innej osoby, z którą także kontakt się urwał i nie mogę go odtworzyć.
Podpisałem akwarelę: autor nieznany czy coś w tym rodzaju, ale redakcja MMRzeszów nie zamieściła mojego podpisu. Jeżeli dobrze pamiętam, autorka akwareli mieszka gdzieś w Polsce, prawdopodobnie we Wrocławiu, a może w Poznaniu, ale nie jestem pewien.
JW022647

JW022647