drukuj

Najpierw zgasły neony

ulica 3 Maja w Rzeszowie w połowie lat 70-tych XX-wieku

pocztówka z lat 70-tych

Wspomnienia z Rzeszowa AD 1980 na 30 rocznicę porozumień sierpniowych i powstania "Solidarności"

Kiedy w drugiej połowie lat 70-tych, po telewizyjnej premierze filmu "Poszukiwana, poszukiwany" ze znakomitą pierwszoplanową rolą Wojciecha Pokory gierkowska ekipa wprowadziła kartki na cukier, po 2 kg na osobę na miesiąc, tłumacząc to potrzebą walki z plagą bimbrownictwa, ogół ogarnęła powszechna wesołość, że oto władza ludowa ma poczucie humoru i naród odebrał to z odpowiednim dystansem. Cukier kartkowy kosztował 10,50zł za kilogram, ale jak ktoś chciał, to mógł słodki produkt nabyć w "cenie komercyjnej", po 26zł za kilogramową paczkę. Znaczki, już wtedy proroczo zwane kartkami, drukowała chyba Poczta Polska, bo wyglądały bardzo przyzwoicie, właśnie jak znaczki pocztowe: starannie dokoła oząbkowane, podklejane od spodu, 4x4cm, a na białym tle centralnie biała dwójka w dużym, zielonym kółku i pod spodem, wiadomo, napis: CUKIER. Wygodnie nosiło się to w portfelu, obok comiesięcznej wypłaty, która wtedy wynosiła jakieś 4-5 tysięcy złotych, ale należało uważać, bo inaczej groziło wirtualne bankructwo albo miesiąc popijania gorzkiej herbaty i to tej z najniższych półek. Tudzież jedzenia chleba bez masła - zawsze po 2 zł (gdzie by i jakiego go nie kupił) za bochenek.
Mając te 4-5 tysięcy na miesiąc, raz, może 2 razy w miesiącu można było sobie pozwolić na szaleństwo w "sklepie komercyjnym", gdzie, jak to jest obecnie, oraz w przeciwieństwie do innych ówczesnych sklepów mięsnych, w ladzie chłodniczej, oświetlone różowym światłem jarzeniowym, leżało zasadniczo wszystko, tyle tylko, że 3-4 razy droższe.

Jeszcze dużo budowano, szybko znikały zmurszałe płoty, potem kwiaty (mieczyki, różowe mieczyki przede wszystkim) i grządki za nimi, wreszcie firanki i całuski w oknach drewnianych chatek, a ekipy rozbiórkowe z wielką pieczołowitością rozbierały i układały delikatnie w stosiki zdjęte dachówki, które następnie dyskretnie znikały. Ogólnie dostępny azbestowy eternit był bowiem na licznych wiejskich budowach nowych "murowańców" traktowany niczym zło konieczne, całkowita ostateczność. Dachówkami z odzysku po wsiach kryto głównie budynki gospodarcze; nowe domy były kryte grubą, ocynkowaną blachą.
Gdy dachówki z rozbieranej chałupy były już bezpieczne, komin – niemy świadek domowego ogniska obalony, a z konstrukcji dachu i belek strychu nie została już ani listewka, do przedwczorajszego ogrodu wjeżdżał uzbrojony w lśniący lemiesz spychacz, z trzema pomocnikami zbrojnymi w łomy. Właściciele z bezpiecznej odległości, z reguły ciekawością i zatrważającym wręcz brakiem oznak jakiejkolwiek nostalgii, przyglądali się błyskawicznej już destrukcji reszty swojego domu, a zdarzało się, że w niej kolektywnie pomagali. Gdzieś tam, na nowym rzeszowskim osiedlu czekało na nich pachnące nowością mieszkanie z tym wszystkim, czego nie było tutaj: parkietem pod nogami, z ciepłą, bieżącą wodą, białym sedesem i spłukiwaną ubikacją, oraz z wanną zamiast miednicy i gazem (wtedy jeszcze za grosze) w kuchence. Po mieście, także dla nich, jeździły ciężarówki z gotowymi wielkimi ścianami na naczepach, niektórymi oprawionymi już w zaszklone okna. Taka przeprowadzka to była wielka nobilitacja. Każdy chciał mieszkać w bloku, bo to "tanio, wygodnie i nic mnie nie obchodzi", jak gminna mądrość głosiła. Co ciekawe, przy pracach rozbiórkowych wychodek padał zawsze jako ostatni. Polacy zawsze byli narodem praktycznym.

Rzeszów wieczorem jeszcze mrugał swoimi światłami, blade rtęciowe światło zastąpiły w śródmieściu mocne, żółte, energooszczędne i nowoczesne lampy sodowe, eksportowane do całego RWPG i do "drugiego obszaru płatniczego", a miejskie latarnie pomalowano wtedy na wesoły, nagietkowo-pomarańczowy kolor, zastąpiony stalowo-szaro-czarną farbą dopiero po wprowadzeniu rok później stanu wojennego. Kto miał szczęście, przyjechał do domu "kołem", nowiutkim licencyjnym berlietem, którego sufit rozświetlał mrok wnętrza prawdziwą mleczną drogą. Można było tymi autobusami jeździć w kółko i czytać wewnątrz książki, podczas gdy w starych sanach świeciła tylko mdła lampa nad kasownikiem, żeby pomóc trafić z biletem do szparki, a przecież w mroku i tłumie ktoś nazbyt zajęty trafianiem do kasownika, mógł nawet stracić portfel.

Na rzeszowskich rondach i wysepkach mrugały błyskającym pomarańczowym światłem podświetlane pachołki, wyznaczając mniej bystrym kierowcom krawędź jezdni, a również podświetlone wieczorem znaki drogowe i zielone drogowskazy same wchodziły kierowcom w oczy, przekazując najważniejsze ostrzeżenia, informacje, nakazy i zakazy.

Najpierw zgasły neony

Ale w "Wieczorze z Dziennikiem" (po dzisiejszemu zwanym "Wiadomościami"), co jakiś czas pojawiał już się czarny ekran z migającym żółtym rysunkiem żarówki, a sugestywny głos dobywający z wnętrza telewizora odwoływał się do sumienia i podświadomości narodu: "zgaś zbędną żarówkę", "zgaś zbędną żarówkę", "zgaś zbędną żarówkę". Wtedy też, jak na komendę pogasły niezliczone neony nad miastem (by już nigdy potem nie zaświecić), co w miejscowej prasie tłumaczono skargami mieszkańców i zakłóceniami, jakie wywołują przy odbiorze programów Polskiego Radia i Telewizji.

Wakacje 1980 były wyjątkowo upalne. Kiedy na miejscu wyburzonych chałupek Drabinianki wybudowano blok, władza postarała się, by mieszkańcy mieli co jeść, co pić i czym dojechać do śródmieścia. Zaopatrzenie w niezbędne produkty, oddano do dyspozycji "jednostek handlu uspołecznionego", do których wtedy zaliczano Spółdzielnię "Społem" w Rzeszowie, choć z tradycjami sięgającymi jeszcze lat 30-tych. „Społem" postawiła na czterech płytkach chodnikowych rozmieszczonych po rogach drewniany kiosk z dużymi szybami i natryskanymi pistoletem malarskim wielkimi, starannymi, biało-czerwonymi napisami: "NABIAŁ" oraz "ART. SPOŻYWCZE".
Jeszcze przystanek autobusowy MPK i można powiedzieć, że rzeczywiście czuło się, jak "Polska rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatniej".

Zadyszka

Pierwszą, przeoczoną oznaką gospodarczej zadyszki systemu centralnego planowania, było zniknięcie ze sklepów owoców cytrusowych i kakao marki "Wawel". Zniknięcie nie było jednak całkowite, owoce cytrusowe corocznie wpływały do polskich portów przed Bożym Narodzeniem, o czym informowała telewizja w głównym wydaniu dziennika, a kakao można było czasem kupić z paki stara ustawionego na trawniku przy przejściu dla pieszych, o ile oczywiście ktoś chciał zachować się jak człowiek pracy i chciało mu się pójść wcześnie z rana na pochód pierwszomajowy.

Lipcowe dni 1980 roku płynęły sennie, większość mieszczuchów wyjechała na darmowe wczasy pracownicze FWP nad morze, jeziora lub w góry, więc na stołeczkach i w kolejce przed osiedlowym kioskiem, czynnym, jak napis wymalowany pistoletem przez szablon na szybie głosił w godzinach 8-13 i 15-17, było cicho i spokojnie.
Ulicą z rzadka jeszcze wtedy przejeżdżał jakiś samochód, tylko trochę aut TRANSBUDU rozwożących na budowę kolejnych bloków gotowe, gigantyczne elementy naszych obecnych mieszkań trzęsło mizerną drewnianą konstrukcyjką kiosku; czasem przemknął maluch albo narobiła hałasu jakaś syrena, która pędząc z prędkością 40km/h, krztusiła się od spalin i rozwijała za sobą wstęgę błękitnego, śmierdzącego dymu, który czuło się w nozdrzach jeszcze przez kilkanaście minut.

Kolejka pod kioskiem ustawiała się spontanicznie od około 9 rano, pierwsze były babcie na drewnianych stołeczkach, malutkich, takich z rzeszowskiego rynku, na których najlepiej obierało się groch, fasolę i ziemniaki. Drugą liczną reprezentację stanowiły dzieci, które nie wyjechawszy na państwowe darmowe kolonie, wysyłane były do kolejki przez rodziców z racji wakacji. Dyskusje w kolejce były zupełnie apolityczne i przeplatane fazami absolutnej ciszy, graniczącej z zadumą egzystencjalną, w której w trzęsącym się od upału powietrzu, na nieskoszonych trawnikach, na których wyrastały bujne łopiany z charakterystycznymi czepiającymi się ubrań kulkami (przez starszych ludzi zwanymi "dziadami"), na żółtych kwiatach przysiadały co chwila siedzące jedna na drugiej potężne, zielonkawe muchy, odlatujące potem w nierozłącznej parze w reakcji na pierwszy niepokojący je odgłos. Wśród młodszych dzieci budziły zaciekawienie, a wśród starszych były okazją do akcji uświadamiania zawstydzonych koleżanek w różowych sukieneczkach z białą falbanką i sztruksowych kapelusikach.
Kolejka była bardzo zdyscyplinowana: kto chciał kupić twaróg półtłusty, jajko lub margarynę, był wpuszczany i wypuszczany z kiosku bez najmniejszego problemu.

Prawdziwe ożywienie kolejkowiczów wywoływał zawsze szary furgon na podwoziu stara 28 z dużą pomarańczową literą "V" w górnym lewym rogu tylnych drzwi, zbliżający się w rejon kiosku. Kiedy pod paką dostrzeżono mrugające pomarańczowe światełko kierunkowskazu, emocje w kolejce sięgały zenitu. "Ooo, wiozą!, wiozą!" - fetował rozentuzjazmowany tłum w kolejce. Ludzie w tych czasach - wszystko na to wskazuje - żywili się tylko masłem i pili tylko mleko. W ladzie chłodniczej leżały stosiki tak docenianego dziś "masła roślinnego" z Kruszwicy z tarczą słonecznika na wieczku, ale wtedy nikt nie wyciągał po nie ręki. Wszyscy, z pokorą i niecierpliwością, wyczekiwali wyłącznie dostaw mleka i masła. Często okazywało się, że auto przyjechało tylko po puste transportery albo sklepowa oznajmiała zebranym: "przywieźli tylko gierkówkę". Tu kilka słów dla młodszych: transportery na mleko, kefir czy śmietanę, pakowane wtedy w litrowe czy półlitrowe butelki, produkowała bratnia NRD. Gierkówką, dość bezczelnie jak na powszechną, acz dyskretną obecność smutnych panów w czarnych płaszczach, nazywano najgorszy z możliwych gatunków śmietany, przypominającej z wyglądu i smaku kefir albo maślankę. "Jest śmietana?" "Nie ma, tylko gierkówka" było dialogiem tak wtedy w polskich sklepach powszechnym, że chyba nikt z odpowiednich służb dbających o dobre imię ówczesnych władz, nie zawracał sobie już nim głowy.
Następnie pod kiosk podjeżdżały bliźniaczo do siebie podobne auta PTHW, z których kolejne zabierało transportery na śmietanę, następne rozwoziło po Rzeszowie twaróg półtłusty, inne kefir i maślankę, a ostatnie smalec. Ale pełnia szczęścia niczym teraz po wygranej w lotto następowała dopiero wtedy, gdy do kiosku przywieziono butelkowane MLEKO za 1 zł litr albo eksportowe MASŁO luksusowe Polish butter 250g za 20 zł, w złotym staniolku. Wtedy zza kiosku, wyłaniały się w regularnych odstępach czasu, niczym zeskakujące z taśmy produkcyjnej, uśmiechnięte małe i duże ludziki trzymające w jednej ręce butelkę mleka, w drugiej zaś kostkę masła i zmierzające najkrótszą trasą do domu. Cenny towar był bowiem racjonowany: po litrze i po kostce na osobę. Nie było zmiłuj - kto stanął po południu, ten odchodził z niczym. I tak było codzień. Coraz częściej jednak po godzinie 16 cały skład kolejki rozchodził się do domów z rzadkimi minami, by rodzinie przekazać smutną wieść, że oto "dziś nic nie przywieźli".

Idzie burza

Ze sklepów nieubłaganie znikały kolejne towary.
Nad miasto zaczęły bowiem nadciągać czarne chmury gospodarki PRL-u, zasłaniając nieubłaganie dotychczasowy słoneczny blask systemu. Niby mimochodem, niby od niechcenia, powtarzano sobie i wyczytywano treści informacji wywieszanych na kartkach przy wejściach do sklepów w śródmieściu: "mąki, kaszy, ryżu, cukru - brak". Półki rzeszowskich sklepów w ciągu kilku tygodni pustoszały w oczach. Winna temu wszystkiemu była ponoć ostra zima oraz wyjątkowy letni nieurodzaj.
Wkrótce kartki z informacjami z szyb dużych sklepów zaczęły znikać, choć brakującego towaru nie przybywało. To właśnie wtedy Bohdań Smoleń z Zenonem Laskowikiem ułożyli słynny, trochę ku uciesze wyolbrzymiony, skecz kabaretowy "w sklepie": "Nie ma, nie ma, nie ma. - A co jest? Bo ja w zeszłym tygodniu zapisałem się na nać pietruszki. - A legitymacje honorowego krwiodawcy ma?"
Na szybach zamkniętych na 4 spusty małych kiosków i sklepików pojawiały się nieoczekiwane nowe treści: "REMONT". Przy czym remontem było z reguły wyłączenie z gniazdka i zsunięcie ze sobą dwóch pustych lad chłodniczych, albo :"ZAMKNIĘTE Z POWODU URLOPU" lub np. "NIECZYNNE - DEZYNFEKCJA I DEARTYZACJA". I tak 2-3 tygodnie, żywego ducha wewnątrz.

W takich warunkach wyjechałem spod żarówy rzeszowskiego upału i jakimś sposobem zaopatrzony w smaczne konserwy "yano" z nieistniejących już zakładów mięsnych w Nisku, odbyłem swój pierwszy w życiu biwak na nadmorskim polu namiotowym z kranami sterczącymi z wydmowego piachu oraz pomalowanymi na rudo i ustawionymi w rząd wychodkami oraz plażą naturystów za lasem.
Gdzieś koło 25 sierpnia dowożący towar do jedynego w pobliżu kiosku spożywczego zaopatrzeniowiec, kiedy właśnie wolno sączyłem za góralskim stolikiem lubelską Pepsi-colę, konspiracyjnym głosem rzucił: wracajcie do domów, za 2 dni stanie cała Polska, w Gdańsku są strajki.

W pośpiechu, ale zwiedziwszy jeszcze w drodze powrotnej zgodnie z planem miejsce bitwy pod Grunwaldem, wracałem do Rzeszowa.

Tutaj oznaką wywracającego się systemu był komunikacyjny paraliż miasta. Po mieście, zamiast autobusów MPK kursowały autobusy i osinobusy licznych miejskich zakładów pracy, z poprzylepianymi taśmą do szyb kartkami z numerami linii. Na przystankach stały tłumy, bo nic nie jeździło według rozkładu, ale serca rzeszowian ogarniała nieodparta, szczera duma. W tamtych czasach każdy uspołeczniony zakład pracy, dysponował co najmniej 2-3 autobusami zakładowymi i jednym osinobusem (buda z oknami do przewozu osób na podwoziu stara 28) przywożącymi i odwożącymi robotników oraz inteligencję pracującą do pracy i z pracy oraz z budów na posiłki regeneracyjne w biurowcu, i to te właśnie pojazdy rzucono do komunikacyjnej obsługi 120-niespełna bodaj wtedy tysięcznego miasta.
Cały Rzeszów stał i solidaryzował się z całą Polską, a w szczególności z Gdańskiem i Jastrzębiem.
Kierowcy owych pojazdów otrzymali zgodę od Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w Rzeszowie na rozwożenie Rzeszowian na strajk do pracy i po strajku z powrotem do domów. Taki stan rzeczy trwał 3 dni.
W Rzeszowie powtarzano sobie szeptem wiadomość, że "W Gdańsku Lech skoczył przez płot". Mało kto rozumiał co to znaczy i z obawy czy nie jest to czasem hasło, na które nie należy odpowiedzieć "Marian zbiera je codziennie wieczorem" nie odpowiadano nic, ale przekazywano je jednak solidarnie dalej.
Z biegiem godzin stopniowo do wszystkich docierała informacja co to za strajk i o co właściwie w nim chodzi. Serca przepełniała wdzięczność i podziw dla strajkujących. Największym powodem do radości była wiadomość, że strajkujący żądają kartek nie tylko na cukier, ale na mięso i wszystko, oprócz zapałek, chleba, bułek i octu. I kartki na wszystko, oprócz zapałek, chleba, bułek i octu, rzeczywiście szybko wprowadzono.

Święto

31 sierpnia był wielkim dniem, świętem i uroczystością. Łzy same napływały do oczu, bo kolejny raz okazało się, że "Polacy gdy chcą, to mogą się dogadać". Wieczór transmisja specjalnego wydania "Dziennika Telewizyjnego" i Lech Wałęsa, podpisujący, swoim wielkim, chyba 40-centymetrowym długopisem porozumienia, mające nam zagwarantować wolność i dostatek. 1 września szkoła normalnie, wiadomo, "moje wspomnienia z wakacji", ale po południu, po wielu godzinach stania w kolejce w delikatesach na Dąbrowskiego, z błyskawicznie wydrukowaną i przydzieloną kartką żywnościową na mięso i wędliny, już nieząbkowaną i nie podklejaną, przypomniałem sobie podczas wieczornej uczty w domu smak szynki wieprzowej, kiełbasy krakowskiej parzonej oraz "zwyczajnej". Miały one smak niezwykły... Miały smak zwycięstwa nad... totalitaryzmem.

Bańka mydlana złudzeń szybko prysła i do dziś w klaserach mam zbiory niezrealizowanych kartek, nie tylko żywnościowych, ale też tych na buty, wódkę, mąkę, kaszę, ryż i papierosy, ale wtedy, w sierpniu'80, pamiętam, czuło się narodową euforię niemal na każdym kroku.
Dwie rzeczy, aż po dziś dzień, pozostały z tego okresu niezmienione: sprzed kościołów zniknęli smutni panowie nękający potem w rozmowach w cztery oczy nauczycieli, prawników i inżynierów po co właściwie, tacy wykształceni, a chodzą co niedziela do kościoła. I jak już muszą, to czy by nie mogli gdzie indziej, a nie tak w centrum i jeszcze w samo południe... Po drugie, w Polskim Radiu, co niedzielę o 9 rano usłyszeć można od tego czasu dzwonienie na mszę i słowa wypowiadane przez księdza: "Łaska i Pokój od Tego który był, który jest i który przychodzi, niech będzie z Wami wszystkimi". I wtedy, w tamtym świeckim państwie, które o Bogu pozwalało mówić w mediach tylko przy okazji Świąt Bożego Narodzenia, wydawało się, że to najważniejsze wydarzenie, rysa na systemie i miara sukcesu, jaki właśnie odnieśliśmy.

Oto pełna lista 21 postulatów strajkujących w sierpniu 1980 roku:

1. Zalegalizowanie niezależnych od partii i pracodawców związków zawodowych.
2. Zagwarantowanie prawa do strajku.
3. Przestrzeganie zagwarantowanej w Konstytucji PRL wolności słowa, druku i publikacji.
4. Przywrócenie do poprzednich praw ludzi zwolnionych z pracy po strajkach w 1970 i 1976 i studentów wydalonych z uczelni za przekonania, zniesienie represji za przekonania.
5. Podanie w środkach masowego przekazu informacji o utworzeniu MKS oraz opublikowanie jego żądań.
6. Podjęcie realnych działań wyprowadzających kraj z kryzysu.
7. Wypłacenie strajkującym zarobków za strajk, jak za urlop wypoczynkowy, z funduszu Centralnej Rady Związków Zawodowych (CRZZ).
8. Podniesienie zasadniczej płacy o 2 tys. zł.
9. Zagwarantowanie wzrostu płac równolegle do wzrostu cen.
10. Realizowanie pełnego zaopatrzenia rynku. Eksport wyłącznie nadwyżek.
11. Zniesienie cen komercyjnych oraz sprzedaży za dewizy w tzw. eksporcie wewnętrznym.
12. Wprowadzenie zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej oraz zniesienie przywilejów Milicji Obywatelskiej, Służby Bezpieczeństwa i aparatu partyjnego.
13. Wprowadzenie bonów żywnościowych na mięso.
14. Obniżenie wieku emerytalnego - dla kobiet do 50 lat, dla mężczyzn do 55, lub zapewnienie emerytur po przepracowaniu w PRL 30 lat dla kobiet i 35 dla mężczyzn.
15. Zrównanie rent i emerytur starego portfela.
16. Poprawienie warunków pracy służby zdrowia.
17. Zapewnienie odpowiedniej ilości miejsc w żłobkach i przedszkolach.
18. Wprowadzenie płatnych urlopów macierzyńskich przez 3 lata.
19. Skrócenie czasu oczekiwania na mieszkania.
20. Podniesienie diety z 40 do 100 złotych i dodatku za rozłąkę.
21. Wprowadzenie wszystkich sobót wolnych od pracy.

Zdjęcia

  • ulica 3 Maja w Rzeszowie w połowie lat 70-tych XX-wieku
kolumb
Autor:kolumb

Zaloguj się lub utwórz konto, by oceniać

Komentarze
Piotr Wrotny
Piotr Wrotny wt., 2010-08-31 17:45

Dziękuję bardzo

Z wielką przyjemnością przeczytałem i te wspomnienia. Może wraz z JW zdecydujecie się na takie stałe publikacje na łamach MM-ki?

kolumb
kolumb śr., 2010-09-01 17:01

Bóg zapłać za dobre słowo

@Piotr Wrotny:

Miałem, przyznam, moralne dylematy, kiedy zastanawiałem się nad formą tego tekstu, traktującego o sprawach mimo wszystko poważnych, ale chciałem napisać go w formie odbiegającej od tak wszechobecnego teraz nudnego patosu i częstego niestety dziś politycznego zaczarowywania tamtej rzeczywistości.
Odrobinę tylko zafalowane zwierciadło, które przyłożyłem do tamtych czasów, mam nadzieję, przydało mu nieco lekkości.
Nie wiem czy na cokolwiek zdecydujemy się z JW, ponieważ ten ostatnio jak widać porzucił reportaż historyczny na rzecz bajopisarstwa i w szybkim już tempie zaczyna zagrażać Wandzie Chotomskiej.