drukuj

Nic już nie jest podobne do niczego

Nic już nie jest podobne do niczego

Fot. JW022647

Rzeszowskie Olszynki, miejsce dla mnie kultowe. Tam spędziłem całe moje dzieciństwo z kumplami z Baldachówki, tam w Resovii uczyłem się pływać na sportowych „jedynkach”, tam zajarałem pierwszego proletariackiego „sporta”, obaliłem pierwszego „bełta”, umówiłem się z pierwszą dziewczyną...

Od autora

Tekst, który publikuję poniżej, powstał w tej wersji prawie 4 lata temu. W 2006 roku przyjechałem do Rzeszowa na krótkie wakacje i któregoś dnia wybrałem się na Olszynki, miejsce dla mnie kultowe, bo tam spędziłem całe moje dzieciństwo z kumplami z Baldachówki, tam w klubie kajakowym Resovii uczyłem się pływać na sportowych „jedynkach", tam zajarałem pierwszego proletariackiego „sporta", obaliłem pierwszego „bełta", umówiłem się z pierwszą dziewczyną etc. etc.

Lista tego, co robiłem w Olszynkach, sam i z kumplami ( i nie tylko z kumplami), jest długa i interesująca, kiedyś przy okazji na pewno wrócę do niej. Cztery lata temu zobaczyłem w Olszynkach karykaturę toru rowerowego, który spowodował napisanie tego tekstu. Tekst nie był jeszcze publikowany, z różnych powodów, ale to nieważne w tej chwili. Tor rowerowy ulegał przekształceniom, zniknęły z niego pewne elementy, o których piszę, ale zdecydowałem się nie zmieniać (uaktualniać) tekstu z tego powodu. Bywalcy Olszynek doskonale pamiętają, jak tor wyglądał w przeszłości.

Jak wygląda teraz każdy może zobaczyć. Wśród pięknych i wiekowych akacji, klonów i kasztanów rozmieszczono kilkanaście większych i mniejszych górek ziemi, usypanych często bez ładu i składu, niewiadomo po co, zapewne także dla najlepszych zawodników tej dyscypliny sportu. W najmniej oczekiwanych miejscach leżą deski, kawałek betonu, zapomniane grabie, butelki po winie i napojach, fragmenty kartonów i folii. Duża piła z ostrym jak nóż brzeszczotem sterczącym na zewnątrz, przywiązana do drzewa łańcuchem, czeka cierpliwie na nieuważnego nastolatka, aby „wyłożył" się na BMX – ie i nadział na nią, jak kurczak na rożen.

Miasto planuje także wpuścić na Olszynki prywatną firmę, która zainstaluje kolejkę linową jako następną po „torze" atrakcję dla mieszkańców Rzeszowa. Wyobraźmy sobie, co stanie się z rosnącymi tam od dziesięcioleci drzewami, gdy między nimi zostaną zamontowne słupy, platformy, liny i inne potrzebne urządzenia do uruchomienia tego biznesu; gdy minie kilka miesięcy - i setki, a może tysiące dzieci i dorosłych zaliczą "podniebną" przejażdżkę. Myślę, że nie potrzeba mieć „bujnej wyobraźni", aby przewidzieć skutki bujania się ludzi na linach dla rosnących tam drzew i całego naturalnego środowiska Olszynek. Panowie z rzeszowskiego Ratusza! Znajdźcie sobie inne źródło ekstra dochodów i zostawcie w spokoju ten ostatni skrawk zieleni w centrum miasta!

A teraz już zapowiadany wcześniej tekst.

Z cyklu:Rzeszów

Nic już nie jest podobne do niczego

Są miejsca i zdarzenia, które pamięta się przez całe życie. Jedne z nich przywołują uśmiech na twarzy, pogodne rozmarzenie; inne ściągają usta i brwi w grymas przerażenia, przyśpieszają bicie tętna. Wszystkie zapadają w nasze serca tak ostatecznie, jak wykuta naizust tabliczka mnożenia - i ani myślą nas opuścić, choćbyśmy robili wszystko, aby się ich pozbyć, albo nie robili nic, aby jak najszybciej o nich zapomnieć. Z biegiem lat pamięć o nich tylko się poprawia, odsłaniają się nowe szczegóły, dostrzegamy pełniejsze obrazy, słyszymy coraz wyraźniejsze głosy...

Gdy podobny stan retrospekcji dopada mnie podczas pobytu w Rze, zawieszam na dłuższą chwilę obowiązki, jakie by one nie były, wkładam dżinsy, wyciągam z garażu zabytkowy „składak" o nazwie „Sokół" i loguję się na ścieżce rowerowej, biorąc azymut na Olszynki – nadrzeczny park wypoczynku nad Wisłokiem, jak informują przewodniki turystyczne.

Trzeba mieć stalowe nerwy, albo nie mieć ich wcale, albo nie być w Olszynkach od lat, żeby odważyć się tu przyjechać. Doznanie jest paraliżujące, w dosłownym tego słowa znaczeniu, oczy dostają migotania źrenic, nóż w kieszeni sam się otwiera. Wśród świętych dla mnie drzew, w półmetrowej trawie sterczą wyprute z wnętrzności skorupy karoserii samochodów, obok grzęzną w ziemi betonowe kręgi i monstrualne drewniane szpule po kablach elektrycznych, a za nimi okorowane grube pnie drzew połączone klamrami. Wygląda to na ekstremalny tor przeszkód dla lewitujących bicyclowych kamikadze, zaprojektowany zapewne przez jednego z nich i wykonany w bezksiężycową czarną noc przez naszprycowanych w „cztery kółka" fanatyków tego sportu.

Totalna apokalipsa 2006! Nowojorski Bronx w najlepszych latach Wielkiej Rozwałki! Na „torze" wyłożyłby się (jak długi) harley'em nawet Schwarzeneger w swej szczytowej formie z trzeciego odcinka „Terminatora": „Rise of the Machines"! Kultowy amerycki harley rozpadłby się na elementy pierwsze, napakowanego Arnolda odesłano by w złotej urnie do wyczekujących go tęsknie od lat rodaków znad modrego Donau, a zrozpaczona Kalifornia okryłaby się żałobą po wsze czasy! „Hasta La Vista, Baby!"

Do „toru" przynależą ponadto fragment wału przeciwpowodziowego i kilkanaście bez ładu i składu usypanych górek ziemi, ale ten „łańcuch szczytów jest już tylko spacerkiem dziką plażą z pewną znaną mi bliżej „poetką" z dawnej przyszłości (tworzącą najchętniej w duecie niezwykłe figrury „stylistyczne") w porównaniu z jazdą po całej reszcie tego złomu. Siadam na ławce z wrażenia po tym, co tu namierzyłem, aby nie wyrżnąć i nie obrazić orła (w koronie?); mrużę oczy, bo słońce wali na odlew prosto w twarz. Trzech małolatów na BMX-ach, wykorzystując chwilową nieobecność rowerowych kamikadze rodem znad Wisłoka, usiłują lewitować ile sił w nogach z nasypu na jedną z górek. Próbują oderwać się pół metra od „gleby" ponad „szczyt", by wykonać w powietrzu pełny obrót, a następnie bez wywrotki zjechać na dół, ale ta dosyć prosta „pokazówka" nie wychodzi im do końca; albo obrót jest niepełny, albo wywracają się przy zjeździe i ostro fuckują na prześladujący ich niefart.

Park od lat ulegał stopniowej degradacji. W okresie tzw. walki klasowej z winy partyjnej wierchuszki, o czym za moment, ale obecnie rządzą miastem podobno demokratycznie wybrani notable, którzy na okrągło prześcigują się w wyliczankach, ile dobrego (?) zrobili dla ochrony naturalnego środowiska w Rze. Tymczasem w Olszynkach rzeczywistość skrzeczy w zestawieniu z ich pustymi deklaracjami, jak wieczorem żaby w Wisłoku zapadłe na wrednego wirusa H1N1.

Rzeka w tym miejscu płynie prosto na dosyć długim odcinku, a następnie lekkim łukiem skręca w lewo w kierunku mostu Lwowskiego. Dawno temu, obok niewidocznego stąd mostu, trzech młodych śmiałków spuściło na wodę tratwę z powiązanych razem dętek do ciężarówek, z masztem pośrodku pokładu z desek i pożeglowali nią w dół rzeki, z zamiarem dopłynięcia do samego Gdańska. Wyprawa zakończyła się sukcesem. Dotarli aż do starego portu na Motławie, pod słynny Żuraw – najstarszy zachowany średniowieczny dźwig portowy w Europie. Ale było to tak dawno, że tylko nieliczni pamiętają i wspominają to wydarzenie. Większość mieszkańców Rze nawet nie wie, że ich miasto leży nad rzeką.

Dzień jest słoneczny i ciepły. To przecież koniec czerwca, początek wakacji i lata, ale prócz trójki raczkujączch na rowerach kandydatów na przyszłych „kamikadze" na „torze", paru matek dotleniających maluchy w wózkach i kilku rybaków nad wodą - nie widać nikogo. Przeleciała para dzikich kaczek w górę rzeki, za kaczkami przybiegł wiatr od dynowskich wzgórz, zaszeleściły liście na ogromnych topolach stojących rzędem wzdłuż brzegu na odwiecznej warcie, jak pamiętam, od zawsze.

Dokładnie w tym samym miejscu... Nie było tylko „toru", wału przeciwpowodziowego, drzewa w Olszynkach były nieco niższe... Osłonięci przez potężny pień jednej z topoli, perfekcyjnie jak małolaty na BMX-ach, operujemy wyrafinowanym slangiem „ka-ha" naszej dzielnicy i układamy plan Wielkiej Akcji. Po wypaleniu gazetowych „fajek" nabitych suchymi liśćmi topoli kręci się nam w głowach, jakbyśmy zaliczyli co najmniej po dwa skręty marychy na łeba, ale nikt nie „pęka"; na wyścigi sztachamy się olszynkową „trawką" i kontynuujemy zakładanie "supertajnego" sprzysiężenia „Liga Prawdziwych Facetów z Balda". Każdy nakłuwa nożem serdeczny palec prawej ręki, tworzymy koło, dotykamy się tymi krwawiącymi paluchami i w ten sposób, żywą krwią, pieczętujemy naszą przyjaźń na dobre i na złe, na całe życie... „Konspira" polegała na zabawie w podchody z chłopakami z sąsiedniej ulicy. Gdy zaliczyliśmy podstawówkę, każdy poszedł do innej budy i „Liga" padła bez jednego wystrzału, jak wszystkie „secret gilds", tworzone w wakacje przez podwórkowych „konspiratorów".

Mały traktorek z przyczepką i dwoma robotnikami zieleni miejskiej terkotem silnika sprowadza mnie z powrotem na ziemie Donalda, Jarka, Bronka i Lecha od Bolka i Lolka (Lolka nie?). Moich kumpli i ludzi biwakujących w Olszynkach od wieków już nie ma. Odeszli na zawsze, gdy którejś wiosny, w ramach pierwszomajowego czynu, spędzono nad Wisłok urzędników z biur i rozkopano ten nadrzeczny park doszczętnie, wszerz i wzdłuż, a następnie posiano trawę, która miała być trawą nowej, postępowej generacji i mieć wszystkie trawy z przeszłości pod sobą.

Lecz, jak to często w życiu bywa, ta nowa trawka, dalej zielona ale o rewolucyjnych korzeniach, nigdy nie dorosła do tamtej starej, sprzed czynu, a może i sprzed wojny, tej drugiej i światowej i nigdy nie była tak gęsta i mocna, jak trawa wykarczowana przez urzędników - czynowników, którzy mieli zielone pojęcie o ryciu pod sobą, ale najmniejszego o sianiu trawy i pielęgnacji trawników; wyglądała jak włosy starego człowieka, rzadkie i słabe.

I ludzie z dnia na dzień wyludnili Olszynki, przenieśli się na brzegi Wisłoka, na „kamyczki" na wysokości stadionu „Stali", jak nazywano kamienistą plażę, która odsłaniała się latem przy niskim stanie wody. Przez rok, dwa wydawało się, że po fatalnym „eksperymencie" z nawracaniem na naukowy socjalizm trawy w Olszynkach, żaden urząd nie odważy się więcej „kolektywizować" przyrody i nikt i nic nie zagraża „kamyczkom", w wakacje przeobrażającym się w ekskluzywne „Sopoty", do których przybywali codziennie wszyscy spragnieni słońca i wody, a także aby napatrzeć się dowoli na boskie ciała dziewczyn z pierwszego ogólniaka, albo na prężących bicepsy i tricepsy najprzystojniejszych chłopaków z miasta, uprawiających dopiero co odkrytą i od razu modną kulturystykę, „importowaną" przez sportowe tygodniki przez „zieloną granicę" z „trefnego" Zachodu (jasne, że „trefnego", patrząc na to jaki „numer" wykręcili niedawno z bankami!).

Ale wkrótce i „kamyczki" spotkała totalna zagłada. Pewnego upalnego dnia, gdy plaża tętniła życiem włoskiej Riviery, środkiem kąpieliska pełnego relaksującej się wiary, popłynęły ogromne plamy benzyny lotniczej z fabryki silników do „migów" i plażowicze w panice uciekali z wody, jakby pojawiły się w niej amazońskie piranie. Całkowite unicestwienie nastąpiło jakiś czas później, gdy kilkaset metrów powyżej przystąpiono do budowy zapory na Wisłoku. Brzegi rzeki oskalpowano z drzew, krzaków i trawy, a następnie zmasakrowano betonowymi płytami i ludzie ostatecznie przestali kąpać się w Wisłoku, spływać na ogromnych „ursusowych" dętkach od Lisiej Góry do Olszynek, a nawet niżej, do starego cmentarza, wzdłuż brzegów porośniętych wiklinowymi krzakami, sitowiem, wierzbami z konarami sięgającymi do lustra nurtu i źródełkami zimnej, krystalicznie czystej wody, którą piło się ze złożonych dłoni, bijącymi w kilku miejscach po stronie Nowego Miasta. Wtedy była to jeszcze wioska o nazwie Drabinianka, z chałupami, zagrodami z ryczącymi krowami, chrząkającymi chlewikami, gdakającymi kurnikami, polami pszenicy, żyta i kartofli „amerykanów". Potem na rozległych łąkach przylegających do rzeki postawiono pierwsze jedenastopietrowe bloki z wielkiej płyty i chałupy zaczęły znikać, jakby zapadały się pod ziemię.

Ludzie wciąż chodzą brzegami Wisłoka, łowią ryby, bo podobno ryby wróciły po otwarciu oczyszczalni ścieków w górze rzeki, przypominają sobie tamten czas, czas ich młodości, kultowe „kamyczki" tętniące gorącym wakacyjnym gwarem już tylko w ich sercach, Staszka Nitkę wożącego ich drewnianą krypą na drugą stronę za złotówkę lub „dziękuję" jak byli bez grosza, puste sklepy, wieczne kolejki, pochody pierwszomajowe, w których brali udział dla świętego spokoju.

W zarośniętych chwastami i postkolektywistyczną trawą Olszynkach nikt już nie rozkłada koca i nie gra w „zechcyka", nie ma już festynów, występów zespołów ludowych i wieczornych zabaw na drewnianej podłodze, specjalnie przygotowywanej na podobne okazje obok kortów do tenisa. Nie ma defilad amfibii wojskowych na Wisłoku i pokazów ogni sztucznych, startujących z metalowych rur wbitych w ziemię na wysokim brzegu po drugiej stronie rzeki, ani setek ludzi zwalających się tu z całego miasta, kupujących kanapki z kiełbasą, papierosy sporty lub giewonty, piwo „Leżajsk" lub eksportowego „Żywca" jak dowieźli, herbatniki, oranżadę lub polo-cocktę dla dzieci i kobiet u sprzedawców na „pakach" samochodów Star, ustawionych w rzędzie wzdłuż alei, prowadzącej od ulicy Szopena do rzeki.

Gwar, głośne rozmowy, śmichy-chichy, okrzyki, dzieci biegające jak szalone po „scenie" do taktów miejscowych „szarpidrutów", łopot flag biało-czerwonych i czerwonych, kilku podpitych opędziarzy z Rynku, patrzących komu przyłożyć albo kto może mieć forsę na „jabola", chłopaki na podrywie, dziewczyny czekające na zerwanie, na zaciągnięcie do tańca na „podłogę", a potem na wieczorne ksiuty nad Wisłokiem poza światłem nielicznych lamp, uściski, podszczypywnia, macanki na całego, zgubione majtki i stomilowskie prezerwatywy wyławiane przez „szkolników" na labie następnego dnia... Tego wszystkiego już nie ma i nigdy nie będzie. Przyszedł nowy czas, nowi ludzie i oni kiedyś napiszą swoją historię.

Ale ludzie tamtego czasu wciąż jeszcze nie chcą kopnąć w kalendarz, a przynajmniej niektórzy z nich. Chodzą brzegami Wisłoka i niewiadomo dlaczego tęsknią za tamtym czasem, który przecież wcale dobry dla nich nie był, a jednak myślą o nim z nostalgią, bo tamten parszywy czas, najgorszy z najgorszych, był jednak czasem ich zwariowanych szalonych pomysłów, przepełnionych optymistyczną nadzieją na przekór twardej i nieprzystępnej rzeczywistości, że w życiu czeka ich jednak coś niezwykłego, wyjątkowego, jak bohaterów amerykańskich westernów oglądanych przez nich po trzy razy w kinie „Zorza" przy ulicy 3 Maja; że będą mieć piękne dziewczyny lub wspaniałych facetów, zdobędą wielką forsę, odbędą podróże do egzotycznych krajów śladami reporterów magazynu „Dokoła Świata", osiągną oszałamiający sukces, jak „Blackout"-ci z Tadkiem Nalepą, występujący w każdą środę w klubie „na poczcie", którzy właśnie nagrali swe bluesowe „kawałki" dla radiowego studia „Rytm" w Warszawie...

Nic, albo niewiele spełniło się z tych wielkich planów. Są w miejscu, gdzie zaczynali kilkadziesiąt lat temu, jakby to było wczoraj, a czas, który minął tak szybko jak przejeżdżające samochody nowym mostem Zamkowym, przyniósł im tylko rozczarowanie i choroby, a zabrał nadzieję, której trzymali się kurczowo przez całe życie, jak uzależnieni gracze w „Lotto", skreślający „od wieków" te same, skopiowane z dat urodzenia i adresów, „szczęśliwe" numerki...

Zapomnieli więc większość z tego, co było złe i niesprawiedliwe w tamtym okresie, co ograniczało ich wolność, zepchnęło na najniższy szczebel społecznej drabiny, a zapamiętali właśnie owe festyny i „ubawy" na drewnianej podłodze w Olszynkach, pierwsze dziewczyny „zerwane" przy beatlesowskich podróbkach w wykonaniu „kapeli" długowłosych bigbitowców z domu kultury w Słocinie i siebie tak różnych od tych którymi są dzisiaj, „krocząych" wtedy po ich „prywatnej plaży" z napiętymi „klatami", jakby znajdowali sie na planie holywoodzkiego hitu „High Noon" i razem z opuszczonym przez wszystkich Garym Cooperem „czyścili" miasto z bandy rewolwerowców polujących bezskutecznie na tego twardziela.

I nagle wydaje im się, że tamten czas wcale taki najgorszy z najgorszych nie był, że coś ekscytującego wtedy działo się dookoła, a dzisiaj w ich życiu nie wydarza się już nic, co dałoby im nawet tę odrobinę szczęścia, którą zadowalali się wówczas, urywając się na kilka godzin ze znacjonalizowanej codzienności do wisłokowych „kamyczków", czy „lądując" z kumplami przy „starowskiej" pace na eksportowym „Żywcu", po obowiązkowym pochodzie z niechcianą czerwoną szturmówką, lub z portretem „wiecznie żywego" Lenina...

Kandydaci na rowerowych „kamikadze" wciąż ćwiczą zawzięcie na BMX-ach. Rozpęd ze szczytu wału na górkę, ile sił w mięśniach, wylot w powietrze, jak z katapulty, pełny obrót... i wreszcie jednemu z nich udaje się utrzymać na kołach. Dzisiaj on jest zwycięzcą tego pojedynku. Mój składak marki „Sokół" z radomskiego Rometu sprzed blisko trzech dziesiątków lat nie nadaje się do podobnych pokazówek. Ale wciąż jest zdolny „nosić" mnie na swej stalowej ramie na Olszynki, na Lisią Górę, nad Wisłok do miejsca w górze rzeki, gdzie kiedyś, w zupełnie innej epoce, latem, przy niskim stanie wody, rzeka odsłaniała „kamyczki", które okupowałem z kumplami z Baldachówki i gapiliśmy się na dziewczyny z pierwszego ogólniaka, spacerujące dumnie po „naszej" plaży w rewelacyjnie skąpych strojach bikinii...

Za chwilę pewnie tam popedałuję, bo to w kierunku mojego domu, ale nigdy nie jestem pewien, gdzie dokładnie się zatrzymać, czy to akurat to „kamyczkowe" miejsce? Nic już nie jest podobne do niczego, nikt też z ludzi, którzy tam przechodzą, nie zatrzymuje mnie, nie poznaje, nie wspomina tego, co ja pamiętam. Czyżbym został sam w tamtym świecie?

JW022647

Rzeszów – Boston - Rzeszów, czerwiec 2006 – sierpień 2010

Zdjęcia

  • Nic już nie jest podobne do niczego
  • Nic już nie jest podobne do niczego
  • Nic już nie jest podobne do niczego
  • Nic już nie jest podobne do niczego
  • Rzeszowscy tratwiarze (od lewej) Andrzej Bandelak i Zbigniew Boczoń na chwilę przed startem w kolejny rejs po polskich rzekach. Fot. Archiwum
  • Zbigniew Boczoń, Roman Golonka i Andrzej Bandelak wyruszają na tratwie Wisłokiem z Rzeszowa w rejs do Gdańska w 1972 r. Wyprawa zakończyła się sukcesem.
JW022647
Autor:JW022647

Zaloguj się lub utwórz konto, by oceniać

Komentarze
Krewetka
Krewetka czw., 2010-08-26 19:22

moze nic nie jest juz podobne

moze nic nie jest juz podobne do niczego bo jestesmy starsi? mamy inny punkt widzenia? To, ze cos jest inne, nie znaczy ze gorsze.

JW022647
JW022647 pt., 2010-08-27 13:15

Nic już nie jest podobne do niczego

@Krewetka:

Ten tekst jest przede wszystkim rejestracją tego, co było w odległej przeszłości. A dzisiejszy Wisłok i Olszynki jakie są, każdy może zobaczyć.
Pozdrawiam, JW022647

JW022647
krzychooo
krzychooo czw., 2010-08-26 21:17

Świetny tekst - aż chce się

Świetny tekst - aż chce się sobaczyć "taki" kawałek Rzeszowa. Co do refleksji: idziemy do przodu czy tego chcemy czy nie. Jest inaczej, tyle.

JW022647
JW022647 pt., 2010-08-27 13:50

Ten "kawałek" Rzeszowa

@krzychooo:

Ten "kawałek" Rzeszowa rzeczywiście był niezwykły. Samo miasto było ponure, brzydkie, bez ambicji, ale chodziło po nim kilka osób bardzo ciekawych, jak m. in. autor bajek Adam Gruszka i artysta fotografik Jurek Jawczak (obaj niestety nie żyją, odeszli tak dawno temu i tak szybko). Do przodu oczywiście idziemy, byle z otwartymi oczami...
Pozdrawiam, JW022647

JW022647
maciek
maciek czw., 2010-08-26 23:04

...nic już nie jest podobne do niczego...

początek ciekawy , środek nudny a do puenty nie doszedłem bo zebrało mi się na ziewanie.

JW022647
JW022647 pt., 2010-08-27 13:29

Przepraszam

@maciek:

Wybacz, że Ci nie pozwoliłem od razu zasnąć. Następnym razem nie popełnię tego błędu. Pozdro.

JW022647
Piotr Wrotny
Piotr Wrotny czw., 2010-08-26 23:09

Pamiętnikowo

Przeczytałem ten tekst z wielką przyjemnością, kawał dobrej roboty. Z pewnością wrócę jeszcze kiedyś do lektury. Dziękuję bardzo za opis tego miejsca, które znam tylko z teraźniejszości. A czy posiada Pan może jakieś fotografie np. Olszynek z tamtych czasów?

JW022647
JW022647 pt., 2010-08-27 13:54

Nic już nie jest podobne do niczego

@Piotr Wrotny:

Witaj Piotrze,

Dzięki za pozytywne zdanie o mojej "podróży" w przeszłość. Zdjęć z tamtego okresu prawdopodobnie nie posiadam. Przeglądnę jednak moje archiwum zdjęciowe z dawnych lat i wtedy będę wiedział na pewno, czy zachowały się jakieś "fotki" sprzed bez mała 40 lat.
Olszynki w tamtym okresie były magicznym miejscem. Latem tętniło w nich życie podobne( w jakimś stopniu) do tego, które teraz toczy się w Rynku. Po Wisłoku pływały kajaki turystyczne, rowery wodne, pontony, dętki obwieszone kąpiącymi się ludźmi, łódki sportowe, a także kilka łódek motorowych. Rzeka żyła, w Olszynkach odbywał się spontaniczny piknik na pięknej gęstej trawie, ale więcej o tym w innym tekście i w innym miejscu, bo na tej stronie są pewne ograniczenia językowe, które w tamtej epoce nazywano censorship.

JW022647
mandrake13
mandrake13 pt., 2010-08-27 10:23

Świetny tekst . Zmusza do

Świetny tekst . Zmusza do zastanowienia się, czy warto zmieniać coś co jest/było dobre. Jedna z grup muzycznych śpiewa:
"A że lepsze zawsze było dobrego wrogiem, zamiast pomagać krzywdę robimy sobie..."
Myślę, że to najlepszy komentarz do tej sytuacji.

Pozdrawiam - mandrake13
JW022647
JW022647 pt., 2010-08-27 13:45

Tak zmieniać, aby lepsze nie było wrogiem dobrego

@mandrake13:

Podany przez Ciebie cytat jest najlepszym komentarzem do mojego tekstu. Dziekuję.
Zmiany są nieuniknione, w każdym czasie i miejscu. Czy można ich dokonać, nie niszcząc równocześnie tego, co jest dobre? Trudne pytanie. Zwykle się to nie udaje.
Pozdrawiam, JW022647

JW022647
kolumb
kolumb pt., 2010-08-27 17:57

Tamten Rzeszów bis

Nieraz zastanawiam się nad tym, że pomiędzy pokoleniem Franciszka Kotuli, a współczesnymi, żyją jeszcze ludzie, którzy pamiętają, jak w ciągu trudnych powojennych lat zmieniał się Rzeszów. Żyją gawędziarze podobni do Pana Franciszka, żyją architekci, którzy zmieniali to miasto i dużo o tamtej rzeczywistości i jej mechanizmach mogliby powiedzieć.

Ten kapitał ciągle jest niewykorzystany, a przecież wiecznie trwać nie będzie.
Kto napisze nowy "Tamten Rzeszów", kto doprowadzi do powstania IV tomu "Dziejów Rzeszowa", pisanego bez żadnych politycznych zacięć, tylko zwyczajnie, ot, tak, po prostu, jak się pisze życiorys ludzi, miasta.
Czy ma się za to wziąć Urząd Miasta, czy wydawca Nowin, a może powstanie coś wspólnymi siłami? W zapomnianych archiwach rzeszowian leżą zdjęcia, które wypożyczone do skopiowania w Muzeum Miasta Rzeszowa, byłyby bogatą ilustracją tekstów, a za jakiś czas staną się takim samym rarytasem, jak obecnie słynne rzeszowskie "janusze".
Więc czy ktoś będzie miał głowę, serce i czas do tego, by się sprawą zajać?

JW022647
JW022647 pt., 2010-08-27 21:58

Książki o Rzeszowie

@kolumb:

Szanowny Panie Kolumb,

Cały czas powstają książki o Rzeszowie. Jedną z nich napisał nie tak dawno syn Franciszka - Bogusław Kotula. Są także inni autorzy. Na początku lat osemdziesiątych także napisałem zbiór opowiadań i reportaży literackich o naszym mieście. Ale wtedy nie był dobry klimat dla książek i dzisiaj niewielu pamięta tę pozycję wydaną wtedy w KAW-ie.
Do napisania książki rzeczywiście potrzebne są głowa, serce i czas. I pewnie ktoś taki się znajdzie, kto będzie dysponował tymi trzema przymiotami. Poczekajmy cierpliwie.
Pozdrawiam, JW022647

JW022647
kolumb
kolumb sob., 2010-08-28 14:43

Książki o Rzeszowie

@JW022647:

Szanowny Panie JW022647 !

Śledzę od dłuższego czasu wydawnictwa o Rzeszowie i przepraszam za przeoczenie Pańskiego, ale złożyło się, że w tym czasie zajęty byłem zupełnie czymś innym.
Być może w nadmiarze wolnego czasu zajrzę kiedyś do jakiejś biblioteki i poczytam coś poleconego przez bibliotekarza, np. o jakimś dziwnym podróżnym w jakieś dziwnej poczekalni.

Co do Bogusława Kotuli - znam jego książki, ale osobiście nie zaliczam ich do zbioru "resovianów"; Bogusław to jednak nie Franciszek i jego styl, bardziej etnograficzno-fabularny niż gawędziarsko-historyczny, do tego z nutką jakby socu - mało tam o mieście, dużo o kufrach, garach, kartoflach, ugniataniu kapusty i o zbożu; gospodyni i jej synach, co to noż w cholewie nosili, o woziwodach, kołodziejach, o buhajach i rzeźnikach, o chatach, piecach i zdunach, strojach ze złotymi guzikami i czapkach ze Staromieścia - może komuś to odpowiada - ale mnie potwornie nuży. Kto chce, niech wini za to moich przodków - rzeszowian z dziada pradziada, z tego dawnego Rzeszowa ściśniętego na paru kilometrach kwadratowych, po którym wieczorami chodził "stróż nocny" i w wieczór zapalał, a rano gasił te kilkanaście gazowych latarni, które cywilizacja i moda sprowadziła do marzącego o staniu się metropolią miasta.

Więc czekajmy na te książki o Rzeszowie, na miarę pasji i możliwości panów F. Kotuli czy Kiryka.

Pozdrawiam
MM kolumb

JW022647
JW022647 sob., 2010-08-28 20:24

Bieg po schodach

@kolumb:

Nietrudno było przeoczyć Panu książkę o tym tytule, ponieważ nie wystąpiło w niej prawdopodobnie słowo Rzeszów, chociaż książka od pierwszej do ostatniej strony opisuje to miasto.
Książek B.K. nie czytałem jeszcze. Niedawno wróciłem do Rzeszowa po dłuższym pobycie za granicą i na razie oswajam się z nową sytuacją, w jakiej się znalazłem.
Wydaje mi się, że najlepszym autorem kolejnego tomu "Tamten Rzeszów" byłby Pan. Po tym, co Pan napisał do mnie w ostatnim liście, nie widzę nikogo bardziej przygotowanego do podjęcia i udźwignięcia tego zadania. Ma Pan dużą wiedzę o Rze, a także potrafi Pan to "przelać" na papier.
Na koniec potwierdzam, że na własne życznie, zostałem przez Pana "rozszyfrowany".
Pozdrawiam, JW022647

JW022647